Andy Warhol - urodził się w Pittsburgu, 6 sierpnia 1928 roku - pochodził z rodziny łemkowskiej, która wyemigrowała z pogranicza polsko - słowackiego (z Mikovej), do Ameryki, "za wielką wodę" na początku XX wieku.Matka Andy'ego - Julia z d. Zawacka bardzo kochała swojego najmłodszego, chorowitego syna. W całym swoim życiu Andy nie będzie miał nikogo bliższego niż matka, z którą mieszkał w Nowym Jorku do 1972 roku, która podpisywała jego obrazy i opisywała wczesne rysunki. Studiował na Wydziale Projektowania w Carnegie Institute of Technology. Bardzo szybko wypracował swój własny styl, autoironiczny i prekursorski. Jego intelektualna reakcja na kulturę masową zaowocowała niespodziewanymi dziełami, przesunęła granice sztuki. Wielokrotne powtarzanie obrazów i ich surowy, syntetyczny kolor są instrumentami moralnej i estetycznej czystości. W latach sześćdziesiątych - Andy - nowojorczyk z wyboru, założył Factory. Tam - wspomagany przez zespół pracowników i przyjaciół tworzył swój świat - niezliczone serigrafie, filmy, stał się także sponsorem legendarnej formacji rockowej - The Velvet Underground. U Warhola gościł Bob Dylan, Truman Capote, Mia Farrow, John Lennon, Mick Jagger, nie sposób wymienić wszystkie sławne osoby, które tu bywały. Ten niepozorny Łemko, nadwrażliwy, zakompleksiony i chyba dość w życiu emocjonalno-uczuciowym nieszczęśliwy, jest może najlepszym przykładem artysty naszych czasów. Kiedy po raz pierwszy czytałam łemkowskie wiersze, przepiękne wiersze.....o tęsknocie ... Może dlatego tak łatwo mi, w lot poczuć, tę "ranę" słowiańską u Andy'ego. (...) Gdzie oczy nie pojrzą gdzie nie pojadę tam cień twoich wierchów idzie moim śladem niebem zachmurzonym się wlecze wspomina wyrzeka przeklina Petro Murianka -"Sen" Andy Warhol lubił o sobie mówić, że jest "człowiekiem znikąd". Tego już nigdy się nie dowiemy, na ile chciał czuć się sławnym obywatelem świata - a na ile tliła się w nim rzeczywiście, niechętna trochę, myśl o dalekiej i nieznanej ojczyźnie, ile razy doświadczał, że jednak jako człowiek z zewnątrz ma najlepszy i często demaskatorski wpływ na sztukę amerykańską. To i tak nie zmienia faktu, że Andy Warhol inspiruje ludzi do myślenia, może to najprostsze do powiedzenia. Bo jak inaczej określić wpływ artysty na nas?Może to cecha geniuszy - wciągać w swoją orbitę. Tak powinno być.I tak jest od zawsze. Nie mają znaczenia wszechobecne plotki, szaleństwo, kontrowersyjne przyjaźnie, morderczy maraton - codzienne przyjęcia, występy, filmy, rozmowy. Rozmowy - "please, don't touch" - a więc to co najważniejsze - Samotność Artysty. To wcale nie jest slogan. Właśnie w przypadku Andy'ego samotność była nieodzowną część życia. Może wtedy gdy artysta robi wokół siebie więcej "szumu" bardziej podejrzewamy go o wewnętrzną samotność ? Łatwo mu było zaistnieć ? Na pewno nie. Musiał na to zapracować. Bardzo szybko stał się bogaty - ale to nie zmieniło jego podejścia do pracy - to filmów - ciągle kręconych, do polaroidowych fotografii wykonywanych zawsze - dla pracy i pieniędzy. Nie sposób mówić tylko o tym, że schlebiał gustom bogatych - miał iskrę bożą i poczucie humoru. Kiedyś Andy obdarował bezdomnego ogromną sumą pieniędzy (a był bardzo oszczędny, żeby nie powiedzieć - chytry) - przyjaciel, który z nim szedł - mówi - Andy, przecież to za dużo, tylu pieniędzy nie daje się biedakowi. Andy na to - nie szkodzi, może kiedyś będzie mógł mi oddać. Na to przyjaciel - On jest biedny, nigdy ci tego nie odda. A Andy odpowiedział swoim cichym głosem - Ja też byłem biedny Zawsze chciał być nikim, jak mówił z przymrużeniem oka i ta jego NUDA - "lubię rzeczy nudne". Można powiedzieć - trochę nieudany syn Witkacego - bo Stanisław Ignacy Witkiewicz nudy nienawidził, ale dostrzegał ją doskonale. Warhol widzi ją prawie wszędzie - ale pławi się w niej i jest dumny, że tworzy "nudę" - czy to jednak aby nie kokieteria - kiedy to Andy'emu albo z Andym było nudno? Właściwie można byłoby powiedzieć, że Warhol urzeczywistnił samobójstwo sztuki, o które chodziło Witkacemu. Zanik uczuć metafizycznych powoduje, że Witkiewicz przeczuwa koniec filozofii i sztuki. Nie będzie już żadnej tajemnicy istnienia. Warhol wypełnia skwapliwie te postulaty. Tego pragnie - pustki.
Jego wzrok pada na zwykłą puszkę zupy - potem doprowadza do seryjnej produkcji takich dzieł - puszka zupy, puszka Coca-Coli. To, co nieobce jest żadnemu człowiekowi - sztuka dla wszystkich? Nieustanne powtórzenia - a cóż innego robi nasze pokolenie XXI wieku? Tworząc - jak sam chętnie przyznawał - to co ludzi będzie szokować, to co będzie nadzwyczaj zwyczajne i proste - Warhol przełamał na zawsze mit artysty tworzącego obraz w natchnieniu przez długi okres życia - dzieło niepowtarzalne. Poza tym wszystkim Andy był oczywiście niebezpieczny. Ale to już przerabialiśmy - niełatwo żyć z geniuszami. Jego banalne wydawałoby się, kompozycje, nie wykluczają nigdy niezwykłego nad dziełem zamyślenia. Sława! To mu udało się dopracować do perfekcji. Zdobywanie sławy. Można śmiało powiedzieć, że jego ogromna sława ciągle trwa - zobaczymy jak będzie w XXI wieku - to oczywiście zależne od mediów, wyznawców, pieniędzy, fundacji, wystaw. Powiedział w ostatnim wywiadzie, że życie jest "fantasy" - i to dobrze chyba, że tak powiedział parę dni przed śmiercią. Na pytanie, co jest realnością, a co jest rzeczywiste - odpowiedział, że nie wie. A co w końcu miał powiedzieć? Wcale mu się nie dziwię. A kto z nas wie? Mówił - że nie ma w nim nic więcej, poza tym co widać na obrazach, że czasy są powtarzalne, że okrucieństwo jest wszędzie i też należy je pokazywać. Bo sztuką ma być wszystko co jest nam dostępne na co dzień. W wywiadach odpowiadał półsłówkami - "tak", "nie", lub najczęściej "nie wiem" - czy rzeczywiście był taki dziwny i nieinteligentny? Skąd tyle niedomówień, domysłów, olśnień - przy odkrywaniu jego sztuki. Zawieszony między niebem i ziemią - srebrny książę swych jedwabnych ekranów. Animator undergroundu, magik i katalizator nieodmiennie przyciągający artystów do siebie. Gdy go nie było w Factory - coś się psuło, filmy nie wychodziły... Wystarczyło, że był, przechadzał się i obserwował, a wszyscy chcieli być blisko niego, dla niego grać i tworzyć. Na pozór niewiarygodnie silny psychicznie, ale i nieśmiały, niepohamowany wielbiciel cytrynowego ciasta i mocnego rocka. Prawdziwy artysta - poszukiwał tematów i pomysłów do końca, zresztą tego końca tak nagłego, nie spodziewał się ani Andy, ani nikt z jego otoczenia. 18 lutego 1987 stwierdzono u niego ostrą infekcję woreczka żółciowego, namawiano do natychmiastowej operacji, a tego Andy bał się najbardziej. 20 lutego zgłosił się do nowojorskiego szpitala. 21 lutego wykonano operację usunięcia woreczka żółciowego. Operacja udała się, Andy czuł się dobrze, oglądał telewizję i rozmawiał przez telefon. Nad ranem, 22 lutego pielęgniarka zorientowała się, że Andy ma kłopoty z krążeniem. Natychmiast rozpoczęto reanimację, ale Andy Warhol, król POP ARTU już nie żył. Został pochowany w rodzinnym Pittsburghu, obok rodziców. Pożegnany uroczystą mszą, co prawda, odprawioną 1 kwietnia, odszedł zostawiając siebie na niezliczonych polaroidowych zdjęciach i taśmach filmowych: Andy nad morzem, znajomi, Factory, Andy w czapeczce - uśmiecha się nieśmiało, Andy zakłada okulary ...
Beskidy - ten klimat nostalgicznych, dziwnych gór, Andy miał tylko ich wyobrażenie ze zdjęć matki - starych, z początku wieku ... Pod koniec życia Andy widział się z bratem Johnem. John wybierał się do Europy, do krewnych z rodzinnej Mikovej. Andy prosił brata, aby zrobił dużo zdjęć ... nigdy ich jednak nie zobaczył, John nie zdążył wyjechać, a Andy już nie żył. Nie zobaczył swojej "nowhere-country" - mówił -"Ja pochadzam odnikadial". Z matką rozmawiał tylko po łemkowsku, to był jego pierwszy, rodzinny język. O tym, że nigdy nie odejdzie na zawsze, wiedział od momentu gdy świadomie zaczął kreować swoją osobę na Andy'ego Warhola - znak pop kultury - istotę tak wymyśloną, że czasami zastanawiam się, czy istniała naprawdę.